Plan na tegoroczne wakacje klarował się nam już od dość dawna, bo od kilku lat, przez ten czas zdążył jednak ewoluować od „zapomnij, to niemożliwe” do „pewnie, zróbmy to”. O Naddunajskiej Trasie Rowerowej po raz pierwszy usłyszałam chyba osiem lat temu od mojego męża, który nieśmiało zaczął przebąkiwać, że fajnie byłoby przejechać sobie rowerem od Passawy do Wiednia. Bo fajne widoki, super infrastruktura….Wkrótce jednak pojawiła się Klara, jakiś czas później Janek, a plan ten wydawał się coraz bardziej szalony. Aż nagle pomyślałam sobie, że jeśli nie teraz, to kiedy? Klara sama radzi sobie na rowerze całkiem nieźle, Jaśka posadzimy w foteliku, bagaże pójdą do przyczepki i jakoś to będzie. Trzeba tylko rozsądnie zaplanować trasę. Z dwójką dzieci spanie codziennie na innym kempingu zdecydowanie odpadało, wzięłam więc kartkę, przewodnik, odpaliłam Google i zaczęłam planować. Na tyle skutecznie, że końcem maja mieliśmy zarezerwowane 17 noclegów, kupione bilety na pociąg i dużo nadziei, że jednak nie porywamy się z motyką na słońce.
Teoretycznie plan był prosty, pakujemy rowery do bagażnika, samochodem jedziemy do Wiednia, skąd pociągiem ruszamy do Passawy, i powoli, pokonując ok. 20 kilometrów dziennie, wracamy do Wiednia właśnie. Niestety, okazało się, że zarezerwowanie bezpośredniego pociągu relacji Wiedeń- Passawa możliwe jest jedynie przez telefon, no co z moimi lingwistycznymi umiejętnościami jednak się nie porwałam, dlatego też zdecydowaliśmy się jechać na raty, z przesiadką w Linz. Przyznać muszę, że pakowanie się z tym całym majdanem do środka pociągu, wyciąganie go i pakowanie po raz kolejny wcale nie należało do prostych zadań, a sam pociąg do Linz, mimo imiennych miejscówek i wykupionych miejsc na rowery wcale tak bardzo przyjazny rowerzystom nie był. Wysokie stopnie, wąskie drzwi- gdyby nie pomoc obcych ludzi mogło być naprawdę ciężko. Do Passawy, mimo składu „niższej” klasy, było już znacznie łatwiej.
W Wiedniu samochód zostawiliśmy na parkingu typu P+ R, Erdberg, mając nadzieję, że gdy wrócimy będzie na nas czekał cały i zdrowy. Sam dojazd na dworzec w Wiedniu a następnie do hotelu w Passawie to już praktycznie sama przyjemność- ścieżki, ścieżki jeszcze raz ścieżki rowerowe. Niestety, bardzo daleko nam jeszcze do tego stopnia komfortu podróży jednośladem po mieście. W Passawie zatrzymaliśmy się w samym centrum, w Hotelu Stadt, który oferuje wszystko czego potrzeba przy noclegu na jedną noc, w pobliżu kilka restauracji do wyboru, sklep kilkaset metrów dalej i przechowalnia rowerów, dzięki czemu nie musieliśmy martwić się o swój dobytek. Jedynym minusem był hałas praktycznie przez całą noc, w końcu centrum miasta rządzi się swoimi prawami, jeśli ktoś ma lekki sen musi to wziąć pod uwagę. Nam jednak, znużonym całym dniem drogi spało się naprawdę dobrze a rano wstaliśmy pełni energii i chęci na odkrywanie kolejnych kilometrów wzdłuż pięknego, modrego Dunaju.
