Są takie miejsca, do których razem z dziećmi warto wracać niezależnie od pory roku. Góra Żar i okoliczne szlaki właśnie do nich należą, chociaż na pewno znajdą się osoby, u których ten fragment Beskidów nie budzi sympatii. Też nie jestem wielką fanką nadmiaru komercji w górach, jeśli chodzi o wycieczkę na górę Żar można ją jednak ograć w taki sposób, żeby tej komercji i tłumów jak najmocniej uniknąć. Udowodniliśmy to już kilka lat temu- aby się o tym przekonać zajrzyjcie do wpisu Z Kozubnika na górę Żatr . Tym razem postawiliśmy na spokojną, zimową trasę prowadzącą z parkingu pod Żarem, czyli z Międzybrodzia Żywieckiego, na Kiczerę zielonym szlakiem, dalej czerwonym w kierunku Żaru i powrót kolejką. Idealna opcja na rodzinny spacer w górach – nawet wtedy, gdy zima bardziej przypomina późną jesień, a śnieg na szlaku można znaleźć tylko w tych wyższych partiach.
Trasę rozpoczęliśmy z parkingu pod Górą Żar, tym razem w nieco poszerzonym składzie, bo aż z dwiema dodatkowymi rodzinami. Zawsze uważałam, że im więcej ludzi na trasie, tym weselej, dlatego dodatkowa trójka dzieci i czwórka rodziców została powitana z ogromną radością. Już od pierwszych metrów było widać, że to jedna z tych wycieczek, gdzie nie chodzi wyłącznie o zdobywanie szczytów, ale o samą drogę. Las był cichy, miejscami lekko oszroniony, gdzieniegdzie leżały nawet trochę większe ilości śniegu, dodając krajobrazowi nieco magii. Nie były to wprawdzie wymarzone warunki do jazdy na sankach, skoro je już jednak przywieźliśmy, postanowiliśmy wziąć je ze sobą na trasę. Na szczęście na dziecięcą kreatywność zawsze można liczyć- tam, gdzie pokrywa śnieżna była za mała by dało się po niej ciągnąć naszych małych piechurów, sanki idealnie sprawdziły się do transportu zbieranych po drodze skarbów- sosnowych gałązek, kamieni i szyszek.
Zielony szlak prowadzący na Kiczerę okazał się bardzo przyjemny dla rodzin z dziećmi. Podejście jest dość łagodne, bez trudniejszych technicznie fragmentów, dzięki czemu można spokojnie iść własnym tempem, robiąc po drodze postoje na odpoczynek, małą przekąskę czy podziwianie przyrody. Po dojściu na Przełęcz Isepnicką zmieniliśmy kolor znaków na czerwone, które miały doprowadzić nas już na szczyt naszej wędrówki.
Cała trasa była bardzo spokojna, dopiero na szczycie Kiczery można było spotkać większą liczbę turystów. To jedno z tych miejsc w Beskidzie Małym, które często pozostają w cieniu popularniejszego Żaru, a szkoda – ze szczytu roztacza się naprawdę piękna panorama, jest znacznie bardziej cicho niż ma to miejsce na Żarze, dla chętnych jest nawet miejsce na rozpalenie ogniska.
Dalej ruszyliśmy czerwonym szlakiem w stronę Żaru. Ten odcinek był już bardziej otwarty widokowo, było tam również zdecydowanie więcej śniegu- na tyle dużo, że nawet starszakom udało się zaliczyć kilka zjazdów z ośnieżonych zejść, Jasiek wygodnie rozparty na sankach przejechał natomiast trasę już do samego zbiornika Elektrowni Wodnej. Ostatni etap naszej wędrówki, aż na sam szczyt góry to już spacer wzdłuż asfaltowej drogi, gdzie sporadycznie, ale jednak, pojawiają się samochody, których nie dotyczy zakaz wjazdu na szczyt.
Dla dzieci dotarcie na Górę Żar to moment, który naprawdę może być atrakcyjny, niezależnie od pory roku. Szeroka panorama, szybowce, latem paralotniarze i charakterystyczny zbiornik elektrowni szczytowo-pompowej robią na pewno wrażenie na najmłodszych. Do tego w sezonie zimowym sztucznie naśnieżana górka do jazdy na sankach i pontonach- czy potrzeba czegoś więcej do szczęścia? My wprawdzie, głównie ze względu na wiek dzieci, z tej ostatniej atrakcji nie skorzystaliśmy, ograniczając się jedynie do zjedzenia obiadu w pobliskim barze, jest jednak także możliwość skorzystania z dodatkowych atrakcji.
Ponieważ nasi mali wędrowcy pokonali już dzisiaj całkiem spory kawałek na nogach więc po krótkim postoju zdecydowaliśmy się wracać kolejką. I szczerze? To jedna z tych atrakcji, które same w sobie są dla dzieci świetnym zakończeniem wycieczki. Zjazd kolejką pozwala odpocząć po spacerze, a jednocześnie jeszcze chwilę nacieszyć się widokami.
To była jedna z tych wycieczek, które nie męczą dystansem, ale zostawiają po sobie bardzo przyjemne wspomnienia. Beskid Mały po raz kolejny przypomniał nam, że na rodzinne górskie wyjście nie zawsze trzeba jechać daleko ani zdobywać najwyższe szczyty. A najlepiej zapraszać na nie jeszcze przyjaciół- wtedy dobra zabawa praktycznie gwarantowana.













