Świat w miniaturze, czyli o tym jak Czupi trafiła do Inwałdu…

Dzisiaj może trochę bardziej komercyjnie, ale takie miejsca również warto czasem odwiedzić, z dziećmi natomiast- to już szczególnie. Gdzie nas tym razem wywiało? Do Inwałdu.

Mimo niezbyt optymistycznych prognoz pogody postanowiliśmy zamówić bilety i w drogę (polecam opcję zakupu przez internet, zawsze wychodzi trochę taniej a przy czteroosobowej rodzinie nie jest to już najtańszy wyjazd). Dla nas najbardziej atrakcyjną cenowo opcją był bilet rodzinny 2+2 (128 PLN przy zakupie on-line), najmłodszy członek naszej rodziny przekroczył już bowiem 90 cm wzrostu tracąc tym samym prawo do biletu za 1 zł. W ramach zakupionego biletu mieliśmy możliwość wejścia do dwóch inwałdzkich parków: Warowni i Parku Miniatur. Przy odbiorze biletów pani w kasie poradziła nam zacząć od Warowni jako od miejsca gdzie atrakcji jest mniej i gdzie spędza się znacznie mniej czasu. Jest to o tyle istotne, że po opuszczeniu któregokolwiek z parków nie możemy wejść do niego ponownie, bilety bowiem zabierane są przy przejściu przez bramki.

I faktycznie, w Warowni spędziliśmy jedynie kilkanaście minut, na większość tamtejszych atrakcji Klara jest bowiem jeszcze za mała. Ze spaceru po średniowiecznym grodzie niewiele zrozumie a atrakcja przewidziana typowo dla dzieci, czyli śpiewający i ziejący ogniem (?!) smok po prostu ją przestraszył. Po chwili na placu zabaw i przejechaniu się karuzelą ruszyliśmy więc dalej.

W Parku Miniatur spędziliśmy natomiast kilka godzin naprawdę dobrze się bawiąc. Trochę szkoda, że każda z miniaturowych budowli otoczona jest specjalnym zabezpieczeniem (oczywiście rozumiem ochronę przed zniszczeniem jednak moja pedagogiczna dusza zawsze tęskni za poznawaniem przez doświadczenie), Klara bowiem najchętniej wszystkie „zamki” obejrzałaby z bliska, dotknęła a najchętniej weszła do środka. Ogrom innych atrakcji na pewno jednak zrekompensował jej tę drobną niedogodność. Oprócz ogromnej przestrzeni do biegania można się było wyszaleć na placu zabaw, pobawić w kulkach i pierwszy raz zasmakować uroków wesołego miasteczka. Wiem, że u bywalców Energylandii inwałdzkie karuzele mogą wzbudzić co najwyżej uśmiech politowania, na wizytę z małym dzieckiem jednak najzupełniej wystarczą. Tym bardziej, kiedy to dziecko widzi karuzelę po raz pierwszy. Mimo teoretycznych ograniczeń wiekowych dotyczących możliwości korzystania z poszczególnych atrakcji nas wpuszczono na wszystko czym chcieliśmy się przejechać. Wygląda więc na to, że nawet małe dzieci pod opieką dorosłego oczywiście, nie stanowią problemu (czasami zresztą ten dorosły czuje się mniej pewnie niż dziecko 🙂 ). Do tego oczywiście lody, frytki i wszystko to, co z parkiem rozrywki nam się kojarzy i sprawia tak wiele radości naszym dzieciom. Jednym słowem, naprawdę fajne miejsce na weekendowy wypad całą rodziną, choćby po to, żeby strzelić sobie fotę na Placu Św. Piotra i bez żenady przejechać się karuzelą (choć wesołe miasteczko ni należy akurat do moich ulubionych atrakcji, czego się nie robi dla dzieci 🙂 ).

Jedyne, na co radzę zwrócić uwagę to pogoda, park bowiem znajduje się na przestrzeni niemal zupełnie pozbawionej cienia. Dlatego też planując wizytę lepiej zdecydować się na przyjazd przed pełnią letniego sezonu, ewentualnie wybrać nieco chłodniejszy dzień, w trakcie upału może być tam po prostu za dużo słońca- zwłaszcza dla małych dzieci.

A ponieważ Inwałd to znacznie więcej niż Park Miniatur (do zobaczenia jeszcze m. in. Dinolandia i Ogród Jana Pawła II) pewnie jeszcze kiedyś tu wrócimy… I myślę, że raczej wcześniej niż później… 🙂

Zajrzyj do....

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.