Pożegnanie…

Lubniewice to miejsce, do którego czuję sentyment i do którego wracam. Dlaczego? Pewnie dlatego, że będąc 7-8 latkiem byłem tam o raz pierwszy z rodzicami i siostrą spędzając niezapomniane wakacje. Nauczyłem się pływać, wchodzić na kajak na środku jeziora… itd. itp.

To było 40 lat temu i wtedy Lubniewice wyglądały tak jak na filmie „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”. Przede wszystkim pałac tak wyglądał. Znajdował się w nim hotel a moi rodzice chodzili doń do kawiarni bo w szczycie kryzysu tylko tam mogli się napić kawy.

Później byłem w miasteczku jeszcze dwa razy, w ośrodku wypoczynkowym „Stilon” i było coraz gorzej. Ceny usług dla turystów bardzo wysokie- obliczone na niemieckiego klienta a standardy coraz niższe, że nie wspomnę o chociażby próbach rozwoju.

Mimo wszystko postanowiłem spróbować jeszcze raz i po zwiedzeniu Poczdamu zakotwiczyć w ośrodku „Zielony Cypel” . Ten ostatni, dzięki bogu, znalazła i zarezerwowała małżonka moja. Właściwie ośrodek powinien nazywać się „Zielona Enklawa” bo powstał na popiołach starego, PRL-owskiego przybytku, ale odrodził się ze zgliszczy niczym Feniks- w całości. Zbudowano nowe domki o wysokim standardzie z klimą, telewizją i terakotą, zadbano o plażę by czysta była i pełna piasku a na dodatek wybudowano nad brzegiem samiuśkim przestronną i przejrzystą restaurację. Tam codziennie zmieniane bufetowe menu „na wagę” oraz pizza i bardziej wykwintne dania z karty. Owa restauracja to niestety jedyna pozytywna rzecz, która przydarzyła się Lubniewicom od kilku dziesięcioleci.

Jest wprawdzie nowy hotel/ spa, ale nie mam o nim nic do powiedzenia oprócz tego, że z zewnątrz wygląda dosyć kiczowato.

Poza tym z przykrością muszę stwierdzić, że wszystko co w miasteczku się znajduje trąci WIELKĄ TYMCZASOWOŚCIĄ i liczeniem na szybki, bylejaki zysk. Tu się zamaluje, tam się załata a tam przybije deskę a turysta zje tego gofra z gofrownicy co jeszcze babcia ją kupiła razem z saturatorem. Przykre, ale prawdziwe. Koronnym przykładem jest „Bar Bryza” (podkreślam- bar!, nie wykwintna restauracja) gdzie porcja sandacza kosztuje 43 PLN plus ekstra frytki i surówka. Za trzy porcje płaci się 173 złote. Na krakowskim Rynku można stołować się taniej.

Generalnie Lubniewice jako mała ojczyzna sprawiają wrażenie, że nie bardzo im zależy na turystach. to dziwi bo oprócz sezonu nie ma tam nic. Kiedyś były zakłady przeróbki drewna i stacja benzynowa. Zniknęły. Pojawiła się „Biedronka”.

Oczywiście wielkim minusem jest zamknięcie zamku. Jak to w Polsce- pojawił się prywatny właściciel, rozgorzał konflikt z władzami gminy a zabytek, otoczony prowizorycznym ogrodzeniem, gnije i nikomu nie służy.

Tak więc moje Lubniewice! Żegnam was ze smutkiem i złością bo zmarnowałyście swoją szansę.

Zajrzyj do....

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.