#nicminiewisi, czyli o chustonoszeniu słów kilka…

Siadając przed komputerem z zamiarem napisania tego posta próbowałam przypomnieć sobie, kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z tematem chust, jakoś jednak pamięć mnie zawodzi. Najbardziej prawdopodobne jednak, iż sprawcą, a raczej sprawczynią mojej miłości jest koleżanka z pracy i jej profil na facebooku, który mam okazję podglądać (bez nazwisk, ale główna zainteresowana będzie wiedziała, że o niej mowa 🙂 ). Początkowo tylko się przyglądałam i zaciekawiona tematem postanowiłam nieco go zgłębić, a im więcej wiedziałam, tym bardziej ta idea do mnie przemawiała. Głównie z, muszę się przyznać, czysto praktycznych względów. Rodzicielstwo bliskości, a przynajmniej jego ortodoksyjna odmiana, nie jest mi zbyt bliska, za to możliwość zabierania ze sobą malucha wszędzie, gdzie nie da rady wózek, zdecydowanie tak. Postanowiłam więc spróbować i dwa tygodnie po urodzeniu się Czupurka, umówiłam się z doradcą. Początki nie były zupełnie bezproblemowe, jednak z każdym kolejnym motaniem Małej coraz bardziej się podobało. Ja natomiast odkryłam także tę drugą stronę tulenia i niesamowitą radość, jaką daje bliskość takiego małego człowieka, który wtulony w mamę spokojnie śpi, ewentualnie podziwia świat (choć w naszym przypadku ta opcja występuje zdecydowanie rzadziej). 
Daleko mi jeszcze do zostania prawdziwą chustoświrką, jednak sytuacji, w których chusta uratowała nam życie, a przynajmniej moje ręce i nierzadko system nerwowy, już teraz wymienić mogę bez liku. Wycieczki, wyjścia na zakupy, spacery z psem…. a także ataki kolki czy po prostu zły humor. Mam nadzieję, że tak pięknie zapoczątkowany związek potrwa jeszcze długi czas i chustoemerytura długo jeszcze nie zapuka do naszych drzwi 🙂 

Ten nałóg wciąga- wydawać by się mogło, że dwie chusty w zupełności wystarczą, a ja dopiero co kupiłam drugą i już zaczynam się rozglądać za jakimiś domieszkami dla naszego słodkiego Klocuszka 💕

Zajrzyj do....

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.