Czupi na górskim szlaku- Szyndzielnia i Klimczok

Kolejny weekend za nami, a że i wolnego czasu udało się znaleźć co nieco, przedstawiam opis kolejnej wielkiej- małej podróży rodziny Gibskich. Tym razem nie udało nam się wprawdzie zamówić takiej fantastycznej pogody jak ostatnio, wycieczka odbyła się jednak w nieco poszerzonym składzie, było więc superekstrafantastycznie 🙂 Ale po kolei.

Naszą bazą wypadową była tym razem Bielsko- Biała, gdzie po pewnych problemach z szukaniem parkingu udało nam się spotkać z siostrą Maćka, jej mężem i cudownym psiakiem. Skąd te problemy? Naszą wycieczkę postanowiliśmy rozpocząć od wjazdu kolejką na Szyndzielnię, pod samą dolną stację kolejki nie sposób jednak dostać się samochodem zwykłemu, szaremu człowiekowi, dlatego też pojazd należy zostawić przed rondem na ul. Armii Krajowej, na którym postawiony jest znak zakazu wjazdu. Możliwości takich jest kilka: parking pod halą widowiskowo- sportową, parking spółki ZIAD, która zarządza kolejką… My natomiast zostawiliśmy nasze krążowniki szos na parkingu znajdującego się w tamtej okolicy campingu, i wolnym krokiem udaliśmy się pod dolną stację kolejki. Przy niewielkim ruchu wagoniki kursują co pół godziny od 9.00 (10.00 w poniedziałki) do 17.30 (wjazd w jedną stronę- 18 zł, w obie- 25 zł).

Po dojechaniu na górę skierowaliśmy się w kierunku Klimczoka, mijając najpierw sam szczyt Szyndzielni, później natomiast znajdujące się pod szczytem schronisko PTTK. Ponieważ jednak był to dopiero początek naszej wędrówki, nie zaglądając do środka poszliśmy dalej. Mimo niewielkiej widoczności szło się całkiem przyjemnie. Szlak jest łatwy, prowadzi praktycznie prostą drogą bez większych wzniesień, magii całej trasie dodawała dodatkowo pięknie oblepiająca drzewa szadź oraz niewielka warstwa śniegu. Po mnie więcej pół godzinnej wędrówce szlak rozdziela się prowadząc bądź bezpośrednio do schroniska bądź na szczyt Klimczoka. My postanowiliśmy oczywiście zaliczyć szczyt i po kilkunastu minutach również niezbyt stromego podejścia stanęliśmy na górze. Najtrudniejszym chyba fragmentem całej wycieczki było zejście czarnym szlakiem do schroniska, z powodu zalegającego na stoku starego, zmarzniętego a co za tym idzie, śliskiego śniegu na dość stromym jednak zejściu. Powolutku udało nam się jednak stoczyć w dół, mijając po drodze chatkę, wokół której zgromadzona jest kolekcja kamieni z różnych szczytów świata. Po kilku minutach czekało na nas natomiast ciepłe wnętrze schroniska Klimczok, zasłużony odpoczynek i tradycyjnie gorąca herbata z cytryną.

Ponieważ samochody czekały na nas w Bielsku, wracaliśmy tą samą trasą, omijając już jednak samą kopułę Klimczoka i zaglądając na moment do schroniska na Szyndzielni w celu zdobycia pieczątki (kolekcja Czupi powoli acz systematycznie się rozrasta:) ). Ponieważ warunki nie były iście zimowe, czas przejścia także raczej zadowalający, ze szczytu Szyndzielni schodziliśmy czerwonym szlakiem, mijając jeszcze na samym dole schronisko Dębowiec, nie wchodząc już jednak do środka a kierując się bezpośrednio na parking, gdzie zostawiliśmy nasze samochody.

Mimo, iż te ok. 10 km, które udało nam się pokonać czuć było nie tylko w nogach, ale i w plecach (mój słodki, 8- kilogramowy wkładzik nie jest już wcale taki mały:) )polecam ten wariant wyprawy każdemu, nawet niewprawionemu w górskich wędrówkach. Kolejka, oraz znajdujące się na trasie dwa schroniska sprawiają, że jest to bezpieczna opcja także dla osób, które dopiero chcą rozpocząć swoją przygodę z wędrowaniem. Sama chętnie tam wrócę, może następnym razem warunki widokowe będą bardziej korzystne.

Zajrzyj do....

Jeden komentarz

  1. Dodam, że tym razem nie musiałem sponsorować wypasionego obiadu, polecanego przez Trip Advisor. Tym razem zadowoliliśmy się wyśmienitą pizzą żuradzką z pobliskiego Maximusa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.