Ale czad!- czyli o tym, czy do tej Chorwacji w ogóle warto się wybrać

Po dwudniowym postoju w austriackim Grazu wyruszyliśmy do Chorwacji.

Znam kozaków, którzy jednym ciągiem pokonują trasę z Polski do kraju wicemistrzów świata w piłce nożnej, ale podróżując z małym dzieckiem nie polecam. To raczej awykonalne a na pewno bardzo męczące i niebezpieczne.

Minąwszy granicę Słowenii z Chorwacją, kilkanaście kilometrów dalej, z moich ust wydobywały się tylko monosylaby: „łał”, „o!”, „jej”, okraszane od czasu do czasu oksymoronem, którego na łamach niniejszego bloga nie będę przytaczać 🙂

Okej, już wyjaśniam, to był ZACHWYT.

Widziałem już w życiu kilka nadmorskich regionów: we Francji, Hiszpanii, Włoszech, Bułgarii, Tunezji, ale ta włosko- wenecka prowincja powaliła mnie na kolana.

Po przeprawie promowej (około 20 km przez Adriatyk) pruliśmy przez wyspę Cres (ok. 80 km dystansu) niczym po półwyspie helskim, z tą różnicą, że kilkadziesiąt metrów niżej oblewało nas, skąpane w słońcu morze w kolorze przejrzystego błękitu. Na drodze (dosłownie!) momentami pasły się kozy i tylko gdzieniegdzie wyłaniające się zardzewiałe bariery przydrożne kazały mi mocniej ścisnąć kierownicę.

Na miejscu sielanka. Nasza działka kempingowa znajdowała się pod wielką pinią (warto dopłacić 30 zł za zacienione miejsce) otoczona żywopłotem laurowca.

W odwiedzanych przez nas miasteczkach (Mali Losinj, Veli Losinj i Cres) widać pozostałości okresu włoskiego oraz szczątki bytności Rzymian. Widać też (zwłaszcza w Veli Losinj), że bogaci Wiedeńczycy z przełomu XIX i XX wieku czuli podobny do mojego zachwyt i budowali tu swoje letnie rezydencje.

Wszystko co przyciąga i służy turystom jest odnowione. Nie tylko my korzystamy z funduszy europejskich.

I chyba ktoś nad tym wszystkim panuje- chorwackich Krupówek dzięki Bogu nie uświadczysz. Nic na siłę, bez dodatkowych elementów i tandetnych sezonowych atrakcji. Odwieczny schemat. Stare centrum przycupnięte nad zatoczką. Tam oczywiście marina, deptak i tysiąc kafejek, słońce, słońce słońce, morska ultramaryna i jasne elewacje pod ceramiczną, pomarańczową (ceglaną?) dachówką.

Czemu nikt nie pomalował domu na kanarkowo albo fioletowo? Czemu nigdzie nie stoją naprędce sklecone drewniane budy z kevapcici?

Można?

To mnie urzekło . Podobnie jak brak tłumów turystów. To pewnie takie miejsce do którego trzeba chcieć dojechać i kąpać się w morzu przejrzystym jak łza, a nie w basenie nad morzem z kuflem w garści.

Jednym słowem, mimo galopującej i ogarniającej nas zewsząd cywilizacji, spędzając wakacje w (na) Poljana Losinj poczułem oddech czystej natury i usłyszałem dźwięk ciszy. To wzmacnia!

P. S. Aha! Naszych też jak kot napłakał.

Zajrzyj do....

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.